Jaipur, czyli siła nabywcza wielbłąda

jaipur– Kam kam maj frend, speszal prajs, dżast for ju! Nagabywanie indyjskiego handlarza staje się coraz bardziej uciążliwe. Koleś wciska ci stary, podarty dywan, worek „wyjątkowych przypraw” i kilogram żelastwa udającego ekskluzywną zastawę stołową. Nie jesteś zainteresowany? A co powiesz na dwa „najprawdziwsze diamenty” i trzy dorodne wielbłądy jego teścia? Nie? No, ale czterech wielbłądów chyba nie odmówisz…

W telegraficznym skrócie

Jaipur to dwuosobowa karcianka, w której będziecie handlować „dobrami wszelakimi”, byle tylko dorobić się większej fortuny od konkurenta. A jest o co walczyć, dla najlepszego kupca czeka bowiem prestiżowy stołek samego ministra handlu maharadży ;). Brzmi zachęcająco? Nie ma na co czekać, otwieramy pudełko!

Małe, zgrabne i powabne

Wizualnie gra prezentuje się przeuroczo – już sama okładka wprowadza nas w pozytywny, targowy klimat ;). W kompaktowym pudełku znajdziemy instrukcję z bliźniaczą ilustracją, cały stos kart i dwa rzędy kolorowych żetonów. A zanim ktoś zacznie narzekać na różową wypraskę (trudno „przejść” obok niej obojętnie), taka oto krótka historyjka…

– Co tam jeszcze przyniosłeś? Jaipur? Byłem tam podczas wyjazdu do Indii, zdecydowanie warto zobaczyć. Dobra gra?
– Jeszcze nie grałem, ale ludzie generalnie chwalą, zobaczymy. W każdym razie wybrali ciekawy kolor dla wypraski, nie ma co.
– Jaipur nazywany jest Różowym Miastem Indii, także wszystko się zgadza.

 Z mojej konwersacji z kolegą jasno wynika, że:

  1. za mało wiem o świecie,
  2. na pozór dziwne decyzje dotyczące designu gier mogą mieć drugie dno – różowa wypraska jest jak najbardziej w klimacie i proszę się z niej nie śmiać!

Tak naprawdę mogę się tutaj przyczepić tylko do jednej rzeczy – przegródka jest zbyt ciasna, aby można było trzymać w niej „zakoszulkowane” karty. Zazwyczaj staram się przedłużać żywotność swoich karcianek i od razu kupować koszulki, ale fabryczne opakowanie Jaipura nie bardzo chce w tym temacie współpracować. Z jednej strony szkoda, ale w ostateczności zawsze można przeciąć wypraskę na pół – wtedy żetony pozostaną w swoich „rynienkach”, a karty w koszulkach swobodnie wejdą do pudełka. Same karty zaś zdecydowanie zasługują na pochwałę: mimo, że nie należą do najgrubszych, są duże, elastyczne i świetnie się tasują, szczególnie przy użyciu techniki tzw. riffle shuffle (jeśli jej nie znacie, zdecydowanie warto skorzystać z internetowych lekcji, bardzo ułatwi Wam życie ;)) .

Jeszcze tylko dwa słowa o instrukcji – jest krótka, przejrzysta i opatrzona wieloma przykładami z ilustracjami. Pod względem klarowności przekazu wypada wręcz wzorowo. Bardzo miłym dodatkiem jest ostatnia strona z czymś w rodzaju „mini FAQ” i poradami taktycznymi. Mała rzecz, a cieszy.

Zasady dla zasady

Jaipura można wytłumaczyć w kilka minut. Cel gry jest banalnie prosty – należy zdobyć więcej punktów zwycięstwa od rywala. Jak to osiągnąć?

 Każdy z graczy startuje z pięcioma losowo dobranymi kartami – mogą to być towary (występujące w sześciu rodzajach) lub wielbłądy. Te urocze zwierzęta są „uniwersalnym towarem zastępczym” podczas zakupów na targowisku – lokalni handlarze przyjmą je w ilości hurtowej, oddając nam w zamian srebro, złoto, a nawet kamienie szlachetne ;). Rynek Jaipuru reprezentowany przez pięć kart leżących pomiędzy graczami; na początku są to zawsze trzy wielbłądy i dwie losowo dobrane karty. Taki stan rzeczy nie utrzyma się jednak zbyt długo – przez rynek nieustannie przepływać będą towary od obu graczy, pojawiać się również będą losowo dobrane karty ze stosu. Rozgrywka w Jaipura polega na umiejętnym korzystaniu z targowiska w taki sposób, aby zdobyć interesujące nas towary, sprzedać je z jak największym zyskiem, a przy okazji utrudniać rywalowi pozyskanie interesujących go dóbr .

W swojej turze gracz wykonuje jedną z dwóch akcji – może albo wziąć towary z rynku (czyli ze środka stołu), albo sprzedać je za bezcenne punkty zwycięstwa.

Pozyskanie karty ze środka stołu odbywa się na trzy sposoby:

  1. Możemy wziąć jedną kartę towaru do ręki i zastąpić ją losowo dobraną kartą ze stosu.
  2. Jeśli interesuje nas więcej kart, musimy pójść na wymianę i oddać z naszych zasobów dokładnie tyle kart, ile wzięliśmy. Dobra wiadomość jest taka, że możemy „płacić” wielbłądami ;). W profesjonalnej terminologii ekonomicznej są to tzw. rynkozapychacze.
  3. Ostatnią opcją jest zabranie wszystkich kart wielbłądów z rynku. Ma to swoje dobre i złe strony. Plusem takiego rozwiązania jest to, że znacząco zwiększamy naszą siłę nabywczą w przyszłości. Niestety, do gry wchodzą wtedy zupełnie nowe karty ze stosu, a pierwszeństwo w ich nabyciu ma nasz rywal.

Trzeba tylko pamiętać, że możemy mieć maksymalnie siedem kart na ręce, przy czym wielbłądy trzymamy wyłożone na stole i nie wliczają się do tego limitu. Nawiasem mówiąc, właściciel najbardziej okazałego stadka na koniec gry dostanie małą premię punktową ;).

Wiemy już, jak pozyskiwać towary. Teraz krótki kurs sprzedaży:

  • Lekcja nr 1: W danej turze sprzedać można tylko jeden rodzaj dóbr.
  • Lekcja nr 2: Skóry, przyprawy i tkaniny można sprzedawać pojedynczo, ale ekskluzywne dobra musimy sprzedawać w liczbie co najmniej dwóch sztuk.
  • Lekcja nr 3: Za każdą sprzedaną kartę otrzymujemy jeden żeton z punktami zwycięstwa ze stosu w odpowiednim kolorze. Najbardziej wartościowe krążki znajdują się na wierzchu, tym samym najwyższe nominały trafią do naszych kieszeni już przy pierwszych transakcjach. Czasem warto pokusić się o szybką sprzedaż pojedynczych towarów, tak aby zgarnąć korzystne premie punktowe.
  • Lekcja nr 4: Sprzedając trzy, cztery lub pięć dóbr jednego typu dostajemy dodatkowe punkty. Im więcej, tym lepiej.

Rozgrywka kończy się w momencie, gdy któryś z graczy wyczerpie trzeci stos żetonów lub też w talii głównej zabraknie kart do uzupełnienia rynku. Cała gra toczy się do dwóch wygranych partii, przy czym każda z nich trwa jakieś 10 minut – w „najgorszym” wypadku czeka Was nieco ponad półgodzinna potyczka ;).

Kawa na planszę

Mamy tutaj do czynienia z prawdziwą perełką wśród lekkich, dwuosobowych karcianek. Można oczywiście narzekać na jej losowość – jak najbardziej rozumiem rozgoryczenie graczy, których przeciwnik dostał z rozdania trzy diamenty i zgarnął całą masę punktów w jednym ruchu. Bardzo ciężko to nadrobić, niezależnie od umiejętności. Jeśli chcecie mieć absolutną kontrolę nad każdym aspektem przebiegu rozgrywki, raczej unikajcie Jaipura. Możecie się dwoić i troić, a i tak losowy dociąg da o sobie znać w najmniej odpowiednim momencie. To z pewnością nie jest turniejowa gra strategiczna. Jeśli lubicie długofalowe planowanie, a zależy Wam na równie lekkiej i przyjemnej grze, zainteresujcie się raczej Splendorem.

Jaipur to po prostu ślicznie wydana, lekka, prosta i przyjemna gra familijna. Za niewielkie pieniądze daje całą masę dobrej zabawy. I żeby nie było – pomimo tego, że sytuacja na „planszy” potrafi zmieniać się jak w kalejdoskopie, nadal mamy tutaj do podjęcia wiele decyzji – charakter rozgrywki zmusza nas po prostu do reagowania „na bieżąco”. Mechanika oferuje wiele subtelnych metod interakcji pomiędzy graczami. Cały czas możemy krzyżować plany przeciwnika podbierając potrzebne mu karty, kontrolując „przepływ” wielbłądów i „rytm” uzupełniania rynku o nowe towary, czy wreszcie sprzedając dobra w strategicznych momentach, uniemożliwiając pozyskanie przez rywala najbardziej wartościowych żetonów. Z każdą rozegraną partią będziecie dostrzegać w tej prostej mechanice nowe sposoby na zwycięstwo.

Ocena po trzydziestu partiach: 8/10

+ Szybka, dynamiczna rozgrywka
+ Bardzo proste zasady
+ Uzależnia!
+ Gra zarówno dla nowicjuszy, jak i planszówkowych wyjadaczy
+ Miła dla oka szata graficzna
+ Kompaktowe pudełko, gra świetna na wyjazdy
+ Dobry stosunek jakości do ceny*

+/- Wypraska jest funkcjonalna, ale karty mieszczą się w niej „na styk”, co uniemożliwia ewentualne użycie koszulek bez jej rozcinania (albo całkowitego usunięcia)

– Losowość, która może pozostawiać uczucie „niesprawiedliwości” u graczy nastawionych na bardziej strategiczną rywalizację i długofalowe planowanie
– Segregowanie żetonów zabiera trochę czasu

*w niektórych sklepach Jaipura można dorwać już za około 55 zł, ale jeśli kupicie go za grubo ponad 60 zł, wówczas wykreślcie tę zaletę z listy ;)

  • Konrad Adamczyk

    Bardzo dobra recenzja. Mam prośbę o pomoc w wyborze gry na prezent. Chcę kupić grę która spełnia warunki: najlepiej działa na 2 osoby, początkujący gracze więc nie trudna, ale i nie banalna, musi być ładna – estetyka bardzo ważna. Na liście mam właśnie Jaipur, Kanagawę, Karmaka, Niezłe ziółka i Patchwork. Która wg Ciebie będzie najlepszym wyborem. Pozdrawiam

    • Dzięki za poświęcony czas ;).

      Powiem szczerze, że z wymienionych gier grałem jedynie w Jaipura i Patchwork – nie mam zbyt dobrego rozeznania jeśli chodzi o ten segment rynku (zazwyczaj gram w dużo „cięższe” tytuły). Z tych dwóch tytułów o wiele więcej przyjemności czerpię z Jaipura (recenzję pisałem dwa lata temu i cały czas podtrzymuję swoje dobre zdanie o tej karciance – a mam na koncie już 61 rozgrywek ;)). Jeśli chcesz małą, estetyczną i bardziej rozbudowaną grę (ale nadal dość przystępną) warto poczytać o 7 Cudów Świata: Pojedynek. Wiem, że to dość oczywisty tytuł do polecenia, ale po prostu się sprawdza ;).

      • Konrad Adamczyk

        7C Pojedynek mamy i również zakupiliśmy na prezent :) W tym roku robimy planszówkowe prezenty ale nie chcemy dla wszystkich tego samego. Jeszcze poczytam o Kanagawa, ale chyba zostanę przy Jaipur. Dzięki za pomoc. Pozdrawiam