For Sale – komu karton, komu chatę?

Ile dobrej zabawy można zmieścić w pudełku wielkości kostki mydła? Dużo. Zadziwiająco dużo. Dzisiaj na warsztat biorę jeden z najlepszych fillerów, w jakie miałem przyjemność zagrać, czyli edycję podróżną For Sale od wydawnictwa Gryphon Games. I choć ta niepozorna karcianka autorstwa Stefana Dorry świętuje w tym roku swoje dwudzieste urodziny, to dopiero niedawno doczekała się polskiego wydania („nasze” Na Sprzedaż ma jednak kilka kluczowych różnic w zasadach – wrócę do tej kwestii w dalszej części recenzji). Tak czy inaczej, obu wersjom należy się w tym miejscu jubileuszowe „sto lat”!*

*Czytelnik nie ma obowiązku śpiewać, ale na pewno nie zaszkodzi.

For Sale to bardzo prosta gra o handlu, którą rządzi jedna zasada: kup tanio, sprzedaj drogo. Rozgrywka podzielona jest na dwie odrębne fazy: w pierwszej z nich gracze będą starali się w drodze licytacji jak najtaniej pozyskać silne karty nieruchomości po to, by w kolejnej sprzedać je z możliwie jak największym zyskiem.

Potencjalny nabywca może poczuć się rozczarowany. Nie ma tu demonów, zombie, Cthulhu czy imperialnych szturmowców. Są za to nieubłagane prawa ekonomii. I ciągły deficyt gotówki. Ale jakby się dłużej nad tym zastanowić,  to jest to równie przerażające…

A tak zupełnie na poważnie – tematyka nie rozbudza może za specjalnie wyobraźni, ale jest na tyle przyjazna i „neutralna”, że ma szansę spodobać się szerokiemu gronu odbiorców. W końcu słowa „kup/sprzedaj” towarzyszą nam na co dzień.

Co zachwyca?

Proste, przystępne reguły

Czytelnik musi wybaczyć mi wejście w szczegóły zasad (obiecałem sobie, że od tego odejdę), ale zdecydowałem się na ten krok z dwóch powodów:

  1. chciałem nakreślić punkt wyjścia dla dalszych rozważań i analizy;
  2. reguły są tak proste, że ich streszczenie jest w zasadzie wytłumaczeniem całej gry (idę więc za ciosem).

W telegraficznym skrócie – w grze występują dwa typy licytacji: jawna (w fazie kupna) i „w ciemno” (w fazie sprzedaży).

W każdej rundzie podczas fazy zakupów na stół zostanie losowo wyłożonych tyle kart nieruchomości, ilu jest uczestników rozgrywki. Karty w talii przyjmują wartości od 1 do 30, gdzie „jedynka” to kartonowe pudło w obskurnej alejce, a „trzydziestka” to bajerancka stacja komiczna (nietrudno więc odgadnąć, że im wyższa liczba, tym lepsza karta). Licytacja kart nieruchomości w For Sale to swoista „gra w cykora”. Gracze w klasyczny sposób będą starali się przebić ofertę poprzednika, ale cały twist polega na tym, że nie licytują konkretnej karty – walczą jedynie o prawo pozostania w aukcji. Co ciekawe,  wszystkie swoje pieniądze trzymają w sekrecie, a to bardzo utrudnia oszacowanie finansowych możliwości rywali. Gracz, który „stchórzy” i spasuje musi wziąć ze stołu najsłabszą dostępną w danym momencie nieruchomość, ale w ramach rekompensaty dostaje z powrotem połowę kwoty, jaką włożył w licytację. Ostatni gracz na placu boju zgarnia najbardziej łakomy kąsek, ale musi zapłacić za niego wszystkim, czym licytował.

Po kilku rundach fazy kupna gracze będą mieli możliwość sprzedaży nabytych nieruchomości. Druga część gry oparta jest na licytacji w ciemno i pozyskiwaniu najkorzystniejszych kart czeków. Cały proces  jest banalnie prosty: każdy równocześnie wykłada na stół jedną ze swoich nieruchomości, a posiadacz karty o najwyżej wartości zabiera najlepszy dostępny w danej rundzie czek (kolejny czek weźmie właściciel drugiej pod względem siły karty nieruchomości itd.).  Grę wygrywa najbogatszy gracz, a więc ten, który zgromadził najwięcej $ w gotówce (jeśli jakaś mu pozostała po fazie kupna) i  na zgromadzonych czekach.

For Sale można wytłumaczyć w niewiele ponad minutę. Reguły są banalnie proste, a usystematyzowana struktura nadaje rozgrywce odpowiedni rytm już od pierwszych ruchów. Właśnie taki powinien być filler – możecie wyciągnąć go na stół i rozegrać szybką partyjkę z każdym, niezależnie od doświadczenia z planszówkami.

Zaskakująco ciekawe decyzje do podjęcia

Po swojej pierwszej partii  byłem w szoku, że w tak prostym fillerze twórca zmieścił tyle możliwości krótko- i długofalowego planowania. Nie są to oczywiście decyzje rodem z ciężkiej, strategicznej eurogry, ale mimo wszystko For Sale nie jest bezmyślną karcianką dla zabicia czasu. Sprytna mechanika licytacji i ograniczone zasoby gotówki sprawiają, że gracze muszą rozsądnie gospodarować pieniędzmi i zachować odpowiednie tempo ich wydawania. Co więcej, rasowa ekonomia przeplata się tutaj z psychologiczną wojną nerwów i nieustannym blefem.

W zależności od układu kart na stole każda runda będzie miała nieco inny charakter. Jeśli wyłożone zostaną nieruchomości o zbliżonych wartościach, to nawet szybkie wycofanie się z aukcji sprawi, że dany gracz zgarnie relatywnie silną kartę małym kosztem. Z drugiej strony, jeśli nie włoży w licytację nawet 1,000$ i „stchórzy” od razu, wówczas da kolejnej osobie możliwość wzięcia lepszej nieruchomości zupełnie za darmo. Może warto w takiej sytuacji otworzyć licytację nieco wyższą stawką i podpuścić rywali do jej podbicia? Ale co, jeśli pozostali przytomnie się wycofają i nie „połkną haczyka”, a ów nieszczęśnik będzie musiał zapłacić pełną kwotę za nieruchomość będącą tylko odrobinę silniejszą od tych, które oddał przeciwnikom za bezcen?

Duży rozstrzał wartości kart nieruchomości powoduje jeszcze większe dylematy. Jeśli na stole leży 1, 3, 24 i 30, wówczas nikt nie chce być jedną z dwóch pierwszych osób, które „wypadną” z licytacji. Gracze zaczynają nerwowo przebijać swoje oferty, chcąc jak najdłużej pozostać w grze. Problem zaczyna się w momencie, gdy zabrniemy w licytację zbyt daleko i znajdziemy się w swego rodzaju punkcie bez powrotu. Jeśli „okrążenie” do nas wróci, a przed nami będzie leżało 6,000$ z naszego, jak nam się wcześniej wydawało, mocnego i zaporowego otwarcia (przebitego przez wszystkich rywali), staniemy przed bardzo trudnym wyborem: wycofując się będziemy musieli wydać połowę włożonej kwoty, a zapłacenie 3,000$ za jedną z najgorszych kart w grze (którą notabene moglibyśmy wziąć za darmo, gdybyśmy spasowali od razu) nie przychodzi łatwo. Z drugiej strony, przebijając bieżącą ofertę możemy „wystraszyć” przeciwników, zmusić ich do wycofania się i tym samym wygrać licytację. Czytelnik zada w tym miejscu zasadne pytanie: co w tym złego? Otóż taki obrót spraw może mieć katastrofalne skutki dla dalszej gry – zwycięzca musi zapłacić wszystkim, czym licytował, a może to być lwia część jego oszczędności. Kolejne rundy spędzi na szybkim pasowaniu i zgarnianiu wyłącznie słabych kart…

…ale nie musi to jeszcze oznaczać końca świata ;). Posiadanie mocnych kart nieruchomości to tylko połowa sukcesu i nie oznacza jeszcze automatycznej wygranej. Trzeba jeszcze te karty sprzedać. A faza sprzedaży jest już czystą wojną psychologiczną i szacowaniem ryzyka. Gracz ze słabszą ręką, ale mocniejszymi nerwami i odrobiną szczęścia wciąż ma realne szanse na zwycięstwo. Jeśli na stół wyjdą czeki o wartościach 9,000$, 11,000$, 12,000$, 12,000$, wówczas zagranie nawet najsłabszej nieruchomości w talii przyniesie całkiem spory zysk. Trzeba walczyć do końca i to jest w tej grze najpiękniejsze.

Syndrom jeszcze jednej partii

For Sale wywołuje chęć błyskawicznego rewanżu – „to co, jeszcze raz?” zazwyczaj jest najczęściej zadawanym pytaniem podczas planszówkowego wieczoru. Ta gra jest szybka, dynamiczna, angażująca i potrafi wywołać masę śmiechu, szczególnie, jeśli gracie z ludźmi rzucającymi komentarze w stylu „no no, widzę że zakup drewnianego kibla za sześć tysięcy dolarów to inwestycja życia” ;). Partyjka w For Sale to gwarancja dobrze spędzonego czasu.

Przepiękne ilustracje na kartach nieruchomości

Już od pierwszego kontaktu z For Sale byłem zachwycony poziomem ilustracji na kartach, po prostu nie sposób oderwać od nich wzroku. Na pochwałę zasługuje również fakt, że grafiki są ściśle powiązane z siłą kart – nie musimy patrzeć na wartość liczbową żeby wiedzieć, że jaskinia z wycieraczką będzie słabsza od rezydencji na klifie zakupionej przez przeciwnika.

Jako ciekawostkę dodam, że ilustrator „przemycił” jakieś zwierzę na każdej z kart. No, prawie każdej – spędziłem dobre 2 minuty wpatrując się w stację kosmiczną z numerem 30 licząc na to, że wypatrzę jakiegoś psa w okienku przelatującego promu.

Obecności psa nie stwierdzono.

Co może przeszkadzać?

Powtarzalność wykonywanych ruchów

Zarzucanie tak małej grze schematyczności jest absurdalne, niemniej jednak ostrzegam potencjalnych nabywców: osoby nastawione na rozgrywkę oferującą mnogość różnych akcji będą zawiedzione. „Licytuj/spasuj/wyłóż kartę” – cała gra sprowadza się tutaj do sekwencji tych samych czynności.  Tura gracza jest tak prosta, jak to tylko możliwe. I tak powinno być – w końcu For Sale to z założenia lekki filler.

Cienkie, ale praktyczne żetony monet

Pieniądze wykonane są z ultracienkiej tektury, przez co sprawiają wrażenie miernych jakościowo. Muszę jednak przyznać, że takie rozwiązanie świetnie sprawdza się w praktyce: gracze mogą bez problemu zmieścić w dłoni cały stos żetonów i z łatwością trzymać je ukryte przed wzrokiem rywali.

Pewna doza szczęścia i losowości

Możemy dwoić się i troić w swoich kalkulacjach, a i tak los nie zawsze będzie się do nas uśmiechać. Siadając do stołu musimy zwyczajnie pogodzić się z faktem, że nieprzewidywalność wykładanych kart może pokrzyżować nasze plany. W grze z tej „kategorii wagowej” (w dodatku tak krótkiej) nie stanowi to jednak większego problemu, wręcz przeciwnie: losowość podkręca emocje.

Co frustruje?

Kwestia liczby graczy

W rozgrywce na dużą liczbę osób (5-6) bywa tak, że ostatni gracz musi zapłacić majątek, żeby w ogóle włączyć się do licytacji. Zazwyczaj kończy się to automatycznym spasowaniem i wzięciem słabej karty tylko dlatego, że akurat jest się na końcu „kolejki”. Jeśli zdarza się to często, wówczas może rodzić poczucie małej kontroli nad grą. Partie trzy- i czteroosobowe są zdecydowanie mniej podatne na „syndrom zajmowanego miejsca”.

A skoro już jestem przy liczbie graczy – szkoda, że For Sale nie działa na dwie osoby.

Brzydkie karty czeków

Mój zachwyt nad ilustracjami nieruchomości przygasł na widok kart czeków. Użyta kolorystyka jest po prostu paskudna i uderza w moje wewnętrzne poczucie estetyki lewym sierpowym. Jedyny plus jest taki, że karty te są bardzo czytelne z każdego miejsca przy stole.

Miękkie, podatne na rozdarcia opakowanie

Choć opatrzone urokliwą ilustracją, pudełko od For Sale ma jakość porównywalną ze wspomnianą we wstępie kostką mydła (i to taką tanią, z dolnej półki drogerii). Po wrzuceniu do plecaka już po kilku wieczorach zacznie sprawiać wrażenie starego i zniszczonego. Na domiar złego jest „szyte na miarę”, co wyklucza możliwość zakoszulkowania kart. Z pomocą śpieszy Ultra Pro Deck Box, do którego zdecydowałem się przełożyć wszystkie elementy gry, bez obaw o ich uszkodzenie lub utratę.


***

Na koniec chciałbym poruszyć jeszcze kwestię naszej rodzimej edycji For Sale, czyli Na Sprzedaż. Poza innym formatem, oprawą graficzną i regułami dotyczącymi setupu (inna jest liczba odrzuconych kart i ilość posiadanej gotówki) polska wersja ma jedną zasadniczą zmianę w zasadach: podczas spasowania otrzymuje się połowę zalicytowanej kwoty, ale zaokrągloną na korzyść gracza. Ta pozornie nieistotna różnica mocno zmienia charakter licytacji czyniąc ją „bezpieczniejszą” i, w moim odczuciu, zdecydowanie mniej ciekawą (zawsze opłaca się „dać” przynajmniej 1,000$, w razie czego dostaniemy całość z powrotem). Posiadaczom Na Sprzedaż proponuję grać na oryginalnych zasadach i nieparzyste kwoty zaokrąglać zawsze na niekorzyść licytującego.

Ocena po siedemnastu partiach: 8/10

Komentarz do oceny: Znakomita pozycja w swojej kategorii. For Sale to chyba jedyny filler, do którego autentycznie chce mi się regularnie wracać. Jak dla mnie to „must have” w kolekcji każdego gracza.