Dominion, czyli historia pewnego uzależnienia

Dwie sprawy.

Przede wszystkim przepraszam za pół roku milczenia. Wynika to z prostego, acz bardzo uciążliwego faktu straciłem dostęp do porządnego aparatu. Przez dłuższy czas liczyłem na to, że uda mi się wygospodarować fundusze na zakup nowego sprzętu, ale nie dałem rady. Co gorsza, nie zanosi się, aby w najbliższych miesiącach cokolwiek miało się w tej materii zmienić. Zostały mi zatem dwie opcje: przestać pisać w ogóle, bo tekst bez zdjęć raczej nie przyciągnie Czytelników lub też zdecydować się obniżyć przyjęty „standard pracy” i robić zdjęcia słabym aparatem z telefonu. Wybrałem to ostatnie, choć przyznam szczerze, że ciężko będzie mi patrzeć na fatalną prezentację recenzowanych gier. Cóż, mam nadzieję, że w przyszłości uda mi się podmienić słabe zdjęcia na lepsze.

Druga kwestia – zdecydowałem się radykalnie zmienić format recenzji. Postaram się pisać krócej i konkretniej, skupiając się wyłącznie na tym, co w danej grze lubię, a czego nie trawię. Słowem – 100% osobistych wrażeń. Kawa na planszę wchodzi w okres eksperymentalnej twórczości ;). Zobaczymy, czy wyjdzie jej to na dobre.


DominionJakimś cudem przez wszystkie lata mojej planszówkowej kariery ani razu nie było mi dane zetknąć się twarzą w twarz z Dominionem. Nie znałem nikogo, kto posiadałby własny egzemplarz, nigdy też nie dołączyłem do grupy, która grała w niego podczas konwentów i spotkań planszówkowych. Dominion zdawał się dla mnie nie istnieć. Sytuacja zmieniła się, gdy za sprawą Games Factory Publishing Dominion powrócił do polskich sklepów w nowej, odświeżonej edycji. Lepszej okazji na zapoznanie się z klasyką być nie mogło. Kupiłem. Zagrałem. Raz. Drugi. Dwunasty, potem trzydziesty. W międzyczasie dokupiłem Intrygę, Przystań i Złoty Wiek. A potem przyszła aktualizacja listy TOP 10 na boardgamegeek.com – Dominion znalazł się w ścisłej czołówce. Zostałem pochłonięty. Całkowicie.

Co zachwyca?*

*Zanim przejdę do opisu swoich odczuć, winien jestem Czytelnikowi małe wyjaśnienie: poniższa analiza dotyczy Dominona jako serii, a więc zarówno „podstawki”, jak i wszystkich dodatków wydanych do tej pory przez GFP. Po kilkudziesięciu rozgrywkach gra stała się dla mnie pewną nierozerwalną całością i nie jestem już w stanie rozbijać jej na części składowe ;).

Nieskończona regrywalność

Pierwsza i najważniejsza zaleta Dominiona. Każda partia to konieczność rozwiązania nowej łamigłówki. W grze bierze udział wyłącznie 10 kart królestwa (z 25 dostępnych w bazowej wersji gry).  Po dołączeniu dodatków i kart promocyjnych dysponujecie ponad setką unikalnych rodzajów kart, dlatego też decydując się na całkowicie losowy setup macie gwarancję otrzymania niepowtarzalnego zestawu. Siadając do stołu zaczynacie szukać powiązań między kartami, analizować dostępne strategie, układać w głowie comba, które nie były wcześniej możliwe.

Planszówki ze statycznym rozstawieniem początkowym po pewnym czasie mogą stać się wtórne, a pierwsze ruchy niemalże automatycznie. Gdyby grać w Dominona wyłącznie z wykorzystaniem proponowanych w instrukcji układów (których we wszystkich obecnie dostępnych dodatkach jest łącznie 26) wówczas także i tutaj mogłaby się wkraść pewna powtarzalność. Na szczęście pan Donald X. Vaccarino daje nam w kwestii setupu całkowicie wolną rękę:

  1. Możemy grać z wykorzystaniem proponowanych w instrukcji zestawów, które uwypuklają pewne strategie i powiązania między kartami (co jest szczególnie pomocne przy wprowadzaniu do gry nowych graczy);
  2. Możemy stworzyć losowy zestaw, ograniczając się tylko do jednego dodatku lub samej tylko „podstawki”;
  3. Możemy „na sztywno” określić proporcję kart, losując np: 3 karty z Dominiona, 3 z Intrygi i po 2 z Przystani i Złotego Wieku;
  4. Wreszcie, mamy możliwość wylosowania niepowtarzalnej kombinacji 10 kart i „konfrontacji z nieznanym”. RE-WE-LA-CJA. Żaden tytuł w mojej kolekcji nie przyciąga mnie do kolejnej partii tak bardzo jak Dominion. Ta „wieczna niewiadoma” po prostu uzależnia.

Piękne jest to, że  każdy kolejny dodatek wprowadza do gry nowe, świeże rozwiązania mechaniczne. Zaczynacie od „podstawki”. Karty mają dość podstawowe zdolności, w sam raz na zapoznanie się z głównymi strategiami i mechaniką gry. Później dokupujecie Intrygę – macie teraz możliwość zagrywania wielofunkcyjnych kart. Teraz kolej na Przystań i karty wpływające nie tylko na obecną, ale również przyszłą kolejkę. Na końcu dorzucacie Złoty Wiek, który wprowadza jeszcze potężniejsze karty skarbu i zwycięstwa. To jest właśnie wspaniałe w Dominionie – możecie go urozmaicać, komplikować i rozbudowywać wedle uznania.

Syndrom „jeszcze jednej partii”

Ta zaleta wynika bezpośrednio z poprzedniej: jeszcze nie zdarzyło się, żebym po zakończonej partii nie chciał od razu siadać do następnej. Dominion potrafi zdominować (zdominionować?) cały planszówkowy wieczór (mówię serio, bywały takie spotkania, podczas których inne gry cały wieczór przeleżały w torbie – a w założeniu Dominion miał być tylko przystawką do dania głównego…).

Niski próg wejścia

Zasad Dominiona można nauczyć absolutnie każdego, bez względu na wcześniejsze doświadczenie z grami. Polskie tłumaczenie niestety nie oddaje geniuszu struktury rozgrywki, ale po angielsku Dominiona rozgrywamy w czterech fazach: ABCD. Action/Buy/Clean-up/Draw. Tyle. Reszta to kwestia zapoznania się z kilkoma słowami-kluczami i treścią dostępnych kart.

Fantastyczny mechanizm budowy własnej talii

Nie wiem, czy Dominion faktycznie był prekursorem deck-buildingu, ani czy nowsze gry robią to lepiej. Być może. Wiem jedno – prostota i elegancja tej mechaniki w przypadku Dominiona po prostu urzekają. Wszyscy startują z taką samą talią, ale z biegiem czasu każda z nich zaczyna ewoluować w inny sposób. To gracze decydują o mocnych i słabych stronach swojego decku i sami podejmują decyzję o zakupie kart, które ich zdaniem okażą się najskuteczniejsze w osiągnięciu zwycięstwa. Talia każdego z graczy tworzy obieg zamknięty – zagrane i zakupione karty mieszają się, po czym wracają z powrotem na indywidualny stos dobierania, gotowe do wykorzystania w przyszłych turach. Świadomość zbudowania od podstaw swojej własnej, niepowtarzalnej talii i możliwość konsekwentnej realizacji przyjętej strategii dają mnóstwo satysfakcji. Gra oferuje Wam narzędzia do stworzenia własnego silnika.

Wszyscy mają dostęp do tych samych kart

DominionW Dominionie nikt nie ma wyłączności na daną kartę akcji (zmienia to dopiero promocyjna karta Czarnego Rynku, której nie zamierzam NIGDY wykorzystać swoich partiach, wywraca bowiem do góry nogami podstawowe założenia tej gry i w moim odczuciu zabija jej ducha). Każda z nich leży na stole w dziesięciu kopiach, nie wystąpi zatem sytuacja w której ktoś powie: „wygrałeś, bo zdobyłeś najlepszą kartę w grze”. Wygra gracz, który stworzy efektywniejszy silnik z ogólnodostępnych części.

Dynamiczna, płynna rozgrywka

„Wioska! Kuźnia! Wioska! Targowisko! Przebudowa! Odrzucam Srebrnika, biorę Powiat, kupuję kolejny Powiat. Następny!”. Tak to właśnie wygląda – w Dominionie cały czas coś się dzieje, przy stole buzuje energia. Bez względu na to, czy tura gracza składa się z długich łańcuszków akcji czy z szybkich „zakupowych strzałów”, gra cały czas zachowuje szybkie tempo i rytm. Po prostu nie sposób się tutaj nudzić.

Gra ma charakter wyścigu

Dominion nie trwa ustalonej liczby rund. Gramy do momentu wyczerpania się trzech dowolnych stosów albo kart Prowincji/Kolonii. Widząc topniejące talie czujemy przypływ adrenaliny: „Boże, oni już kupili po 3 Prowincje a ja nadal jestem w punkcie zero, dość już tego budowania silnika, trzeba nadrabiać straty!”. Presja czasu powoduje, że jesteśmy cały czas zaangażowani w rozgrywkę i staramy się za wszelką cenę prześcignąć rywali.

Sami sterujemy poziomem interakcji między graczami 

Wielu recenzentów narzeka na małą interakcję między graczami w Dominionie. Absolutnie nie zgadzam się z tym zarzutem. Owszem, można grać zestawem kart, który ograniczy się do układania swojego prywatnego pasjansa. Ale tylko od nas zależy, jak wiele kart ingerujących w poczynania rywali będzie dostępnych na stole. Nic stoi na przeszkodzie, aby w grać z całą masą kart ataku umożliwiających niezwykle ofensywne zagrania. Dominion daje Wam możliwość całkowitej kontroli nad poziomem interakcji. Dostosujecie tę grę zarówno do pokojowych partii w gronie rodzinnym, jak i do rozgrywek w grupie kochającej nieustanną konfrontację.

Konieczność częstego tasowania kart

Osobiście uwielbiam tasować karty (tak, jestem dziwny, ale w tej czynności jest coś szalenie relaksującego ;)), ale wiem, że dla wielu osób będzie to bardzo frustrujące doświadczenie, w szczególności, że musicie umieć to robić sami (znacznie spowolnicie rozgrywkę, jeśli ktoś będzie musiał Was w tym wyręczać, co może być problematyczne w partiach np. z dziećmi). Im nasza talia jest „chudsza”, tym częściej musimy ją tasować. Na pocieszenie powiem, że w miarę upływu rozgrywki będziemy jednak robić to coraz rzadziej.

Przy całkowicie losowym wyborze kart królestwa niektóre partie mogą być mniej ciekawe od innych

Grając z wykorzystaniem losowych zestawów kart może się zdarzyć, że pewne partie mogą się dłużyć lub też być mało interesujące. Niestety, taki jest właśnie urok Dominiona. Pewne zestawy mogą słabo się zazębiać, inne z kolei zaskoczą nas bogactwem dostępnych możliwości. Chcąc mieć pewność dobrej grywalności zestawów warto skorzystać z gotowych propozycji dostępnych w instrukcji.

Losowość dociągu kart

Pomimo tego, że sami budujemy swoją talię, to nie zawsze możemy wpływać na dociąg kolejnych kart. Cóż, taki już charakter większości karcianek. Pamiętajcie jednak, że nieprzewidywalność dodaje dreszczyku emocji każdej turze!

Co frustruje?

Nierówny poziom ilustracji 

Należę do nielicznego grona osób, które czują klimat w Dominionie. I uwielbiam większość ilustracji na kartach, ale muszę przyznać, że styl niektórych z nich niespecjalnie pasuje do całości.

Wymiana zestawu kart pomiędzy partiami jest czasochłonna

Niestety, nie da się tego do końca obejść. Grając online nie musimy się przejmować szeroko pojętą „obsługą” gry. W wersji fizycznej każdy zestaw musi być starannie posegregowany, włożony z powrotem do pudełka, a w jego miejsce wylosowany nowy. Pocieszające jest jedynie to, że jeśli wyrobimy sobie dobre nawyki i podzielimy obowiązki w grupie, setup powinien być znacznie mniej dokuczliwy.

Kwestia użycia koszulek

Pomimo tego, że talie są podatne na szybkie zużycie, postanowiłem zrezygnować z koszulkowania poszczególnych kart. Powód? Ogromny koszt całego przedsięwzięcia, powiększenie wagi i objętości wszystkich kart i bardzo niewygodne tasowanie (szczerze nienawidzę tasować kart w koszulkach). Wykorzystanie (lub nie) koszulek w Dominionie to problem z cyklu „i tak źle, i tak niedobrze”.

Przechowywanie Dominiona to logistyczny koszmar 

Z pozoru wszystko jest OK: każda część Dominiona trzymana w dedykowanym pudle utrzymana będzie w idealnym porządku –  fabryczna wypraska i wkładka z listą kart sprawdzają się doskonale. W czym więc tkwi problem? Po pierwsze, cztery (póki co, bo piąte jest „w drodze”) pudła Dominiona zajmą Wam masę miejsca na półce (osoby, z bogatą kolekcją gier, dla których liczy się każdy centymetr wolnego miejsca odczują to najmocniej). Po drugie, chcąc zagrać poza domem będziecie musieli wygospodarować połowę bagażnika dla jednej tylko gry, a potem wnosić ją na trzecie piętro do znajomego na dwa razy. Opcja przechowywania Dominiona w wielu różnych pudłach stwarza więc wiele problemów natury logistycznej. Zmieszczenie wszystkiego w jednym opakowaniu nie jest jednak rzeczą prostą i wymaga dobrego zaplanowania przestrzeni i organizacji kart. Na forach można znaleźć dziesiątki zdjęć, na których gracze wręcz prześcigają się w wymyślaniu optymalnej metody przechowywania całej serii (niektóre skrzynie-samoróbki to istne dzieła sztuki). Trzeba wybrać sposób, który umożliwi szybki dostęp do konkretnych talii i zminimalizuje czas rozkładania gry.

DominionNiżej podpisany postanowił zakupić drewniany insert zaprojektowany specjalnie pod Osadników: Narodziny Imperium i zaadaptować go na potrzeby Dominiona (o taki). Wykorzystałem z niego dwie duże przegródki, w których trzymam karty królestwa ułożone w porządku alfabetycznym (każdą talię 10 kart trzymam w jednej koszulce Ultra Pro Deck Protector). Pozostałe elementy, w tym maty i metalowe żetony z Przystani i Złotego Wieku, a także „zapasowe” talie kart skarbu/zwycięstwa z Intrygi trzymam w woreczkach strunowych obok przegródek (mieszczą się idealnie). Nie wiem, czy jest to najlepszy  sposób na przechowywanie tej gry, ale sprawdza się doskonale!  Minus tego rozwiązania jest taki, że pudło waży obecnie chyba z pięć kilogramów i nie wejdzie do niego już absolutnie nic więcej. Cóż, premiera Dominion: Imperium wymusi na mnie zatem kolejną reorganizację kart. Ale o to będę martwił się dopiero w 2017 roku.

Ocena serii Dominion po trzydziestu czterech partiach: 10/10

  • Anonimowy

    Wow! I jak nie kupić po takiej recenzji?! Mam jeszcze dwa pytania. 1. Jak się Dominion skaluje na dwie osoby? 2. Czy jest sens kupować, jeśli wiem, że nie kupię potem dodatków? Jak wtedy z regrywalnością? Pewnie, może się wydarzyć jakiś cud, ale jeszcze nie zdarzyło mi się kupić nigdy żadnego dodatku. Może to dziwne, ale bardziej wolę za tę samą cenę kupić inną, nową grę. Daj znać, super że wróciłeś!

    • 1. Gra działa imho równie dobrze dla 2-4 osób. Oczywiście gra się nieco inaczej i nieco inne wrażenia ale jak najbardziej wszystko pozytywne.
      2. Co do regrywalności – mechanika się zmienia bardzo minimalnie wraz z dodatkami. W podstawowej wersji jest 20-25 (nie pamiętam) różnych kompletów kart akcji, z czego w pojedynczej grze używa się dziesięciu z nich w dowolnych kombinacjach. Także sama podstawka wystarczy na mnóstwo niepowtarzalnych gier, choć to także zależy od stosowanych strategii.

    • Hej! Śpieszę z odpowiedziami ;).

      1. Zaryzykuję stwierdzenie, że Dominion działa najlepiej właśnie na dwóch graczy. Jest szybko, dynamicznie, downtime jest w zasadzie zerowy. Ta gra działa świetnie w każdej konfiguracji 2-4 osób, ale jako dwuoosobówka sprawdza się wyśmienicie.

      2. Jeśli Dominion Cię wciągnie, to kupisz dodatki, bo to coś absolutnie naturalnego w przypadku tej gry ;). Mam wiele planszówek, do których dokupiłem dodatki i użyłem ich może raz. Dominion jest inny, tutaj człowiek wręcz domaga się czegoś więcej :).

      Jeśli mógłbym coś doradzić to powiem tak. Zakładając, że kiedyś jednak kupisz dodatki, to zacznij od podstawki i dalej kupuj chronologicznie (Intryga -> Przystań -> Złoty Wiek). Jeśli natomiast wiesz na 100%, że ograniczysz się do jednej tylko gry, to chyba zdecydowałbym się na Intrygę. Z prostego powodu – ma nieco bardziej skomplikowane karty, które pozwalają na mocniejsze kombinowanie. Mając samą tylko Intrygę brakowałoby mi tych cudownych podstawowych kart z bazowego Dominiona, ale z drugiej strony miałbym nieco większy wachlarz możliwości i bardziej różnorodną talię. Nie wiem natomiast, czy start od Intrygi wciągnie Cię w Dominiona ;). Osobiście zaczynałem od podstawki i stopniowo zgłębiałem mechanikę, od absolutnych podstaw ;).

  • PR

    Przez to ciągłe zmienianie kart, dobieranie, odrzucanie itp to jedna z najbardziej męczących mnie gier :D Ręce pracują niczym krupier w kasynie.
    Dla 2 osób spoko, ale ja jestem spokojnym graczem, nie lubię zamulania ale lekkie przestoje pozwalają mi na przemyślenie "ręki".

    • Graj na 4 osoby, będziesz miał więcej czasu ;).

      Ale w pełni to rozumiem, dla niektórych tasowanie w Dominionie jest jak ikonografia w Race for the Galaxy – nie do przeskoczenia ;).